Dramaturgicznie całość też jest bez zarzutu: podjazdowa wojenka żółtodzioba z agresywnym samcem alfa ma odpowiednią temperaturę, wątek wplątanych w policyjne sprawki dzieciaków sprawdza się jako
Paryż płonie. Nawet jeśli nie palą się samochody, a ogień nie trawi sklepowych witryn, bulgocze krew w ludzkich żyłach, a serca zajmuje nienawiść. Adaptując własną krótkometrażówkę sprzed dwóch lat, debiutujący za kamerą aktor Ladj Ly robi wystarczająco dużo, by oddać atmosferę miasta oraz społeczeństwa na krawędzi implozji. A także zbyt mało, by pogodzić napędzane testosteronem kino akcji z przekonującym, społecznym komentarzem.
Pamiętacie "Dzień próby"? Ten film, w którym oscarowy Denzel Washington obwoził nieopierzonego Ethana Hawke’a po Los Angeles i wbrew swoim niecnym intencjom hartował jego moralny kręgosłup? "Les Miserables" to trochę jego francuski remake, w którym "Nędznicy" Victora Hugo służą co najwyżej za Wielką Księgę Cytatów ("myli się ten, kto myśli, że zły los może się wyczerpać" – nawet, jeśli inny passus jest kodą opowieści, to ten również pasuje). Jest więc nowy, idealistyczny policjant w wydziale, dwóch cynicznych wyjadaczy, a także feralny dzień, który sprawi, że wszyscy będą mogli się przejrzeć w sobie niczym w lustrze. W tle Paryż jak z horroru: betonowy labirynt podzielony na strefy wpływów, tereny rywalizacji, poligony rasistowskich ataków oraz azyle dla ofiar kolejnych starć. Ile potrzeba, by karuzela przemocy rozkręciła się na dobre? Uwaga, spoiler: niewiele.
Ly ma oko do środowiskowego detalu i w efektowny sposób kreśli specyfikę kolejnych kręgów paryskiego piekła. "Pazur" kina społecznego ma u niego bezpośredni związek z formą: rozedrgana kamera trzyma się blisko bohaterów, operator wisi policjantom na plecach i zagląda im w oczy, zaś wszystkie sekwencje przepychanek, zamieszek i konfliktów rozegrane są przy eskalujących, niskich dźwiękach. Dramaturgicznie całość też jest bez zarzutu: podjazdowa wojenka żółtodzioba z agresywnym samcem alfa ma odpowiednią temperaturę, wątek wplątanych w policyjne sprawki dzieciaków sprawdza się jako kontrapunkt, z kolei momenty wyciszenia są zazwyczaj prologiem do scen chwytających za gardło.
Niestety, przy realizacji filmu, który tak idealnie trafia w swój czas, podobne ambicje nie wystarczą. Ly nie wie, czy chciałby uniwersalizować swoją historię i trzymać się wątku środowiskowego determinizmu, czy może pokazać swoich bohaterów jako ofiary kulawego systemu politycznego. W rezultacie próbuje pójść obydwiema ścieżkami i obydwie wiodą go donikąd. Wbrew surowej poetyce, oddolna rewolucja klasy tłamszonej policyjnym butem jest u niego przedstawiona w sposób naiwny i egzaltowany, zaś całość kończy się unikiem rodem z najstarszego, reżyserskiego sztambucha. Centralny konflikt filmu oparty wokół bezsensownego wybuchu przemocy, pociągającego za sobą kolejne konsekwencje, również nie wybrzmiewa – być może właśnie dlatego, że z jednej strony przypomina temat podniesiony z ulicy, a z drugiej – kliszę wyciągniętą z taniego sensacyjniaka.
Reżyser pozostaje w rzeczonym rozkroku na tyle długo, by zostawić nas z rozczarowującym banałem: wszyscy jesteśmy winni, Victor Hugo, "nędza zła macocha", sytym Europejczykom łatwo oceniać. To już serio lepiej, żeby się przez dwie godziny strzelali.
Michał Walkiewicz - krytyk filmowy, dziennikarz, absolwent filmoznawstwa UAM w Poznaniu. Laureat dwóch nagród PISF (2015, 2017) oraz zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008). Stały... przejdź do profilu