WENECJA 2026: Kieślowski po koreańsku, patriarchat po duńsku
W weneckim konkursie obejrzeliśmy dwa wyczekiwane filmy. Pierwszy z nich, "Możliwa miłość" Koreańczyka Lee Chang-donga, wyrósł z projektu producenta Macieja Musiała i pomysłu, by zremake’ować "Dekalog" Kieślowskiego. Drugim jest duński "Kvinde Ukendt" ("Woman Unknown") w reżyserii May el-Toukhy, jeden z zaledwie dwóch filmów w tegorocznym konkursie, za kamerami których stanęły kobiety. Recenzują: Klara Cykorz i Małgorzata Steciak.recenzja filmu "Możliwa miłość", reż. Lee Chang-dongKamera, gwizdek, tęcza autorka: Klara Cykorz Pierwszego wieczora w Wenecji, aby nie było monotematycznie, sprzeczaliśmy się po ostatnim filmie o Cannes – a konkretnie o "Cannes. Religię kina" Tadeusza Sobolewskiego. Antologia jego tekstów canneńskich, pisanych od lat 90. do ostatniej przedpandemicznej edycji, została opublikowana w zeszłym roku. Ja pisałam wcześniej recenzję książki dla "Dwutygodnika" i zasadniczo broniłam autora; pozbawiona ironii postawa krytyka "Gazety Wyborczej" jakoś mnie po latach poruszyła, wydała się paradoksalnie odświeżająca. Najbardziej zapalony w krytyce kolega był jednak nieprzejednany: "a weź, tylko Kieślowski i Kieślowski", powtarzał (nie bez pewnej racji, o czym sama pisałam), "Sobolewskiego nie interesuje forma filmowa, tylko dzielenie filmów na socjalistyczne i chrześcijańskie, z wyjątkiem Kena Loacha, który jest i socjalistyczny, i chrześcijański". "Możliwa miłość" – zwiastunKilka dni później te słowa wróciły do mnie podczas seansu "Możliwej miłości", nowego filmu Lee Chang-donga – nie tylko dlatego, że wyrósł on z międzynarodowego projektu inspirowanego "Dekalogiem", tego samego, co pokazywane niedawno w polskich kinach, nieudane "Historie równoległe" Asghara Farhadiego. Pytanie "film socjalistyczny czy chrześcijański?" okazało się nagle bardzo poręczne (zakładając oczywiście staroświeckie, bardziej pierwotne znaczenia tych kategorii). Odpowiedź na nie brzmi: tak. To w końcu film południowokoreański o klasie – i małej przepustowości – ucha igielnego. Rok temu w weneckim konkursie prezentowano film innego koreańskiego mistrza, którego punktem wyjścia jest zwolnienie głowy rodziny z fabryki. Było to znakomite "Bez wyjścia" Parka Chan-wooka, które mogło dostać Złotego Lwa, a dostało figę z makiem – jury wolało nagrodzić boomerskie bylejactwo Jima Jarmuscha. Zastanawiając się przed werdyktem, czy Lee Chang-dong pomści rodaka, uznaję że mógłby. "Możliwa miłość" nie ma może w sobie intensywności "Miętowego cukierka", "Poezji" czy "Płomieni", ale i tak jest to kino, o którym można przegadać godziny (co zresztą uczyniliśmy; koledze niechętnemu "Religii kina" też się bardzo podobało). Całą recenzję filmu "Możliwa miłość" można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ. ***recenzja filmu "Kvinde Ukendt", reż. May el-ToukhySzkarłatna litera autorka: Małgorzata Steciak May el-Toukhy, której "Królowa kier" była przejmującym studium władzy, manipulacji i klasowego uprzywilejowania, w "Kvinde Ukendt" ("Woman Unknown") analizuje, jak poczucie winy i perspektywa awansu społecznego kształtują świadomość. Oba tytuły łączą rozważania na temat systemu, który chroni silniejszych kosztem bezbronnych; tym razem tematem są powojenne losy kobiet splecione w tragicznym klinczu historii i przemocy. Marie (Mathilde Arcel), pokojówka i niania, ma poślubić swojego pracodawcę – bogatego wdowca Christiana, właściciela dobrze prosperującej fabryki i ojca kilkuletniej Leonory. Niedawno skończyła się druga wojna światowa, w powietrzu czuć powiew ulgi i nadziei, choć powidoki kataklizmu są widoczne na każdym kroku. Wraz z powojenną euforią oraz przywróceniem porządku pojawia się też potrzeba rozliczenia wojennych zbrodni i wykroczeń. Potrzeba, za którą jeszcze nie nadąża prawo. Wystarcza jednak, by iskra resentymentów padła na podatny grunt i podpaliła lont – w mieście co rusz słyszy się o wykonywaniu wyroków na kolaborantach przez ruch oporu, o aktach publicznego upokarzania kobiet utrzymujących intymne relacje z okupantami. Marie boi się, że wkrótce ręka zbiorowej sprawiedliwości dosięgnie także ją – kobieta ukrywa przed swoimi pracodawcami oraz przyszłym mężem, że podczas wojny była w związku z Niemcem. "Woman Unknown"Posępny ton filmu uwypukla jego forma: absolutnie zdyscyplinowana, chłodna, minimalistyczna. Klimat i tematyka filmu przywołują skojarzenia z "Dziewczyną z igłą" Magnusa von Horna. Autor zdjęć Jasper Spanning w statycznych, spokojnych kadrach obserwuje bohaterów z dystansu, w przedsionkach pomieszczeń, korytarzach; przygląda się im w odbiciach luster. Lustrzane metafory to zresztą stale powracający tu motyw, jak rymujące się ze sobą sceny badania ginekologicznego i niechcianego zbliżenia seksualnego. Podobnie jest skonstruowana relacja Marie z sąsiadką, samotną mamą kilkuletniego chłopca, której losy stanowią rewers jej własnych doświadczeń. W kontrze do pozornego spokoju kamera zrywa się ze statywu w krótkich scenach retrospekcji, by uwypuklić chaos wojennego doświadczenia i rozpad bezpiecznego, przewidywalnego świata. Całą recenzję filmu "Kvinde Ukendt" można przeczytać POD LINKIEM TUTAJ.

























































































































