Życzliwi recenzenci przekonują, iż trzeba
"Fighterowi" dać fory ze względu na trudne okoliczności, w jakich powstawał. Przypomnijmy: w ubiegłym roku w trakcie zdjęć z realizacji filmu (znanego wówczas jako "Klatka") wycofała się część producentów oraz odtwórca jednej z głównych ról. Prace na planie zostały przerwane i przez moment wydawało się, że przedsięwzięcia reanimować się już nie da. Zepchnięty do narożnika reżyser-debiutant
Konrad Maximilian nie poddał się: napisał na nowo scenariusz, włączając do niego nakręcone wcześniej sceny. Obsada została częściowo wymieniona, kamery poszły w ruch i oto z półrocznym poślizgiem
"Fighter" zmierza wreszcie do kin. Przypomina jednak boksera, który ledwie uszedł z życiem z poprzedniej walki: z pogruchotanymi kośćmi, zdekompletowanym uzębieniem i kawałkiem ucha przyszytym w złym miejscu. Wciąż oddycha, ale do walki na ringu się nie nadaje.
Nie wiem, jaki był oryginalny pomysł na historię i jak poważnym uległa ona zmianom z powodu kłopotów na planie. Finalny scenariusz sprawia jednak wrażenie, jakby jego autor oberwał po głowie o jeden raz za dużo. Fabuła jest dziurawa jak ser szwajcarski, emocjonalnie płaskie, jednowymiarowe postaci zachowują się niedorzecznie, a sporą część dialogów zainspirował chyba facebookowy fanpage "Suchar codzienny" (
Jak nazywa się dziecko urodzone dziś? Zdziś). Zaczyna się tak: znany zawodnik MMA Tomek (
Piotr Stramowski) odmawia walki w klatce z dawnym kumplem, bokserem Markiem "Pretty Boyem" Chmielnickim (
Mikołaj Roznerski). Nie wiedzieć czemu, ukochana bohatera (
Aleksandra Szwed) widzi w jego decyzji dowód na to, że Tomek zupełnie nie liczy się z jej potrzebami.
Nawet nie wiesz, jak ma na imię moja najlepsza przyjaciółka - stwierdza z wyrzutem dziewczyna i odchodzi. Oczywiście w objęcia rywala. Rozpad związku w połączeniu z kryzysem kariery skłaniają Tomka do porzucenia Warszawy i wyjazdu na prowincję. Mężczyzna zamieszkuje w opuszczonym hangarze i wraz z ojcem zarabia na życie przy wyrębie lasu. Pewnego dnia bohater wdaje się przypadkowo w konfrontację z młodocianymi rzezimieszkami, w efekcie czego wchodzi w posiadanie trefnego towaru. Ani się obejrzy, gdy do jego drzwi zapuka lokalny mafiozo, domagając się zwrotu zagrabionego mienia.
Sposób, w jaki reżyser splata ze sobą wątek bokserski i gangsterski, można skwitować jedynie krótkim "że co?!".
Maximilian ewidentnie nie potrafi się zdecydować, jaki film kręci: surowy dramat sportowy ze szczyptą romansu czy raczej B-klasowe kino sensacyjne. Czego tu nie ma! Walki przy ognisku. Przemyt narkotyków. Szorstka męska przyjaźń. Perspektywa pojedynku w Madison Square Garden. Nielegalny doping. Miłość znaleziona w rejonowej przychodni. Przerobiony na diner PKS na skraju lasu. Kot o imieniu Tomasz! Chaos pogłębia niekonsekwentne prowadzenie aktorów. Zasępiony
Stramowski myśli, że występuje w poważnej historii,
Roznerski i
Wojciech Mecwaldowski są komiksowo wręcz przerysowani, z kolei grany przez
Jarosława Boberka powiatowy bonzo wydaje się żywcem wyjęty z
"Reichu" Władysława Pasikowskiego. Gwoździem do trumny
"Fightera" okazuje się finałowy pojedynek: pozbawiony dramaturgii, wypełniony nieporadnie zamarkowanymi ciosami, zmontowany bez ładu i składu.
W jednej ze scen główny bohater stwierdza:
życie jest jak w ringu. Padasz i albo wstajesz, naprawiasz błędy, idziesz dalej, albo zostajesz tam. Kręcąc swój pierwszy film,
Maximilian pokazał, że jest wojownikiem. Cytując klasyka:
po upadku potrafi wstać, zebrać ludzi i dalej grać. W kolejnym mógłby dowieść, że umie także reżyserować.