Wraz z tygodnikiem
Polityka zapraszamy do lektury kolejnej relacji
Janusza Wróblewskiego z festiwalu filmowego odbywającego się w Cannes. Wcześniejsze relacje Wróblewskiego znajdziecie na specjalnie w tym celu utworzonym blogu pod adresem
wroblewski.blog.polityka.pl.
O tym, że
"Antychryst" Larsa Von Triera będzie jednym z najbardziej kontrowersyjnych filmów festiwalu, wiadomo było od samego początku.
Jeśli duński prowokator tak nazywa swój projekt, to spodziewać się należy wszystkiego. I rzeczywiście, okrucieństwo, pokazany bez niedomówień seks, rozmaite potworności, wszystko to znajduje odpowiednio mocny wyraz na ekranie. Reakcja publiczności w Cannes była jednak bezlitosna. Psychoanalityczny horror
Von Triera, współprodukowany przez Polskę, został wygwizdany. Co po części można uznać za reakcję obronną.
Antychrystem w filmie jest biologia. Żaden diabeł z rogami, ani bestia z Ziemi, ani nawet fałszywy mesjasz. Tylko złowrogi mechanizm powielający błędy stworzenia. "Natura, to kościół szatana" – pada z ekranu podpowiedź, wyjaśniająca koncept reżysera, polegający na tym, by w konwencji freudowskiego snu opisać mękę człowieka z ułomnościami ciała i umysłu, czyli z umieraniem, chorobami, fizjologią, które wywołują w człowieku lęk, poczucie winy, cierpienie, szaleństwo.
W filmie występuje tylko dwoje aktorów:
Willem Dafoe i
Charlotte Gainsbourg. Grają małżeństwo, które się rozpada po stracie kilkuletniego synka. W poetyckiej scenie prologu (
"Antychryst", podobnie jak
"Przełamując fale" składa się z kilku opatrzonych tytułami rozdziałów, w których emocje zostają doprowadzone do stanu ekstremalnego wrzenia) uprawiają seks. Nie zauważają, że dziecko się budzi, że podgląda jak się kochają, i że skacze z okna. Kobieta dręczona poczuciem winy wpada w depresję. Wprowadzając ją w stan hipnozy, mąż stara się nazwać, a następnie usunąć źródło jej strachu.
Tak naprawdę jednak psychoterapia rodzinna zamienia się w psychiczne znęcanie się nią, co wywołuje makabryczne skutki. Mamy więc scenę wkręcania wiertła w kolano dręczyciela, masturbacji penisa i zamiast spermy tryskającą z niego krew oraz clou programu: scenę wycinania nożyczkami łechtaczki, symbolizującą dzikie, autodestrukcyjne skłonności zranionej i popadającej w obłęd bohaterki. Wszystko elegancko sfotografowane w lodowato-sinych barwach, oddających rosnący chłód pożycia małżeńskiego przez
Anthony'ego Dod Mantle'a, tegorocznego laureata Oscara za zdjęcia do
"Slumdog. Milioner z ulicy".
O co tak naprawdę chodzi
Trierowi? W wywiadach reżyser deklaruje, że to jego najbardziej osobisty film, opisujący walkę z jego własną chorobą: wielomiesięczną depresją, która wyłączyła go z normalnej aktywności. Umieszczając w filmie zapamiętane z dzieciństwa najczarniejsze obrazy, podświadome lęki, obsesyjnie powracające myśli o zwierzęcej naturze człowieka, nieokiełznanej seksualności dokonał swoistej autoterapii. Ale
"Antychryst" jest czymś znacznie więcej niż tylko nieuporządkowanym szkicem z długiego procesu leczenia artysty. To także bardzo świadoma, bezczelna prowokacja wymierzona przeciwko tym wszystkim, którzy uważają świat za harmonijną konstrukcję, w którego pięknie widać rękę dobrego, miłosiernego Stworzyciela.
Dedykacja pojawiająca się na końcu filmu dla
Andrieja Tarkowskiego uważanego za największego chrześcijańskiego mistyka kina nie pozostawia złudzeń, jaki cel przyświecał
Trierowi.
"Antychryst" ze swoim infernalnym obrazem przyrody, chaosu, klęski rozumu, niewyobrażalnego bólu, nędzy i upadku człowieczeństwa jest manifestem niewiary w dobro. Z wyraźnymi odniesieniami do biblijnej historii Adama i Ewy. Przedstawia niedoskonały świat tak, jak go postrzegali gnostycy. Królem stworzenia jest Zło. Naszym Panem jest Szatan. A jego narzędziem jest kobieta.